On i ona

On: „Zjadaj wszystko z talerza”.
Ona: „Nie zmuszaj go do jedzenia”.
On rozmawia.
Ona wychodzi na papierosa.
Ona: „Morze to moje życie”.
On: „Ja jestem z gór, jak mnie morze zmęczy, jadę w góry”.
Ona się uśmiecha.
On: „Moja żona wypływa daleko i na głębię. Ona to umie. Jest…” – brak mu słów. Jego oczy błyszczą i biegną do niej, mówią coś jeszcze, coś więcej, coś trochę innego.

Reklamy

Światło

Niesamowite, nie z tego świata, a tak bardzo z tego. Kiedy rodził się mój synek, kiedy rodziłam mojego synka, w domu jakby jaśniało. Zdawało mi się, że wszędzie widzę świetliste skrzydła, że anioły gładzą moje plecy, kiedy czuję skurcz. Rodziłam tańcząc w objęciach mojego ukochanego, przysypiając w wannie, gdzie ukochany całował mnie, gdy zbyt bolało. Taka wędrówka między bólem a rozpuszczeniem. Cały czas: od zacisku do uwolnienia, od strachu, że już nie dam rady, do spokoju i do miłości. Były chwile, że czułam wibrowanie w całym ciele, jakbym przemieniała się w tysiące gwiazd. Wszystko trwało jakby jeden długi moment. Potem się okazało, że minęło kilka godzin. Czas nie istniał. Płynęłam, dryfowałam, porywana co jakiś czas silną falą, prądem. Nie walczyłam ani przez moment. W jakimś sensie w ogóle nic nie robiłam. Tylko byłam. I pozwalałam, puszczałam, rozszerzałam się… Tylko na samym początku położna powiedziała: „ weź no, napij się kawy”. Śmieszne mi się to wydało: kawa w ciąży, o jedenastej wieczorem? E, no co tam, przecież właśnie przestaję być w ciąży, no i w końcu nie rodzi się co dzień. Zjadłam też czekoladę. I od tej kawy i czekolady, jak zaczęliśmy tańczyć, to zaraz miałam takie rozwarcie, że Anka wysłała mnie do wanny. Właściwie to było trochę jak na randce: smakołyki, taniec, kąpiel… Potem leżeliśmy razem na kanapie. Wtedy czułam, jak bardzo już drżę, jak daleko zaszłam. Aż przyszedł ten moment, kiedy zabolało mnie do łez, i wtedy anioł poprowadził moją dłoń do środka mnie samej. I olśnił mnie cud mojego ciała, ciała kobiety. Nie miałam w środku granic. Nie było tam niczego, co znałam: żadnych oporów, ścianek. Była czysta płynność, chmura, puszysta lawa. A w tym ruchomym, miękkim kosmosie jak nowa planeta obracała się główka. Wtedy wstałam, a główka zaczęła spływać w dół. Całe moje ciało pragnęło wyprzeć to drugie ciałko na zewnątrz, ale położna Anka powiedziała: „nie przyj”. I wtedy, to było niesamowicie przyjemne, jednym płynnym ruchem uwolniłam go, a może to on się uwolnił, i go zobaczyłam. I odtąd z każdą chwilą, gdy go widzę, już szósty dzień, kocham go coraz bardziej. A nasz dom wciąż świeci.

Święty czas

W dziewiątym miesiącu ciąży schody robią się coraz bardziej strome. Chodniki nie pasują. Już tylko leśne ścieżki i to niezbyt długie i niezbyt kręte. A właściwie to chodzenie nie nęci, ani siedzenie ani leżenie. Coś mnie ciągnie, ciągnie, ciągnie tylko w dół, po spirali w dół. Wyobrażają mi się okrągłe klatki schodowe, którymi łagodnie spadam, głęboki zadrzewiony wąwóz, w który zstępuję, w dole płynąca woda. Schodzę do podziemnej rzeki. Do środka ziemi i mnie. Czuję to pod skórą, gdy zamknę oczy, bardziej. Zasypiam, jestem w trakcie zasypiania. Zasypiam po okręgu, mam od tego zawroty głowy. Mam dwanaście kilo więcej, które już przestaję dźwigać. Ciążą mi powieki. Nie ponoszę już dużo dłużej. Upuszczam się w dół. Bardzo ostrożne i powoli. Nie wiadomo, kiedy urodzi się moje dziecko, czas dla niego jeszcze nie istnieje. Dopiero po porodzie dostanie przyszłość i przeszłość, i prawo do własnego bólu brzucha. Czuję cię, moje kochanie, nie spieszysz się. Ja też chcę powoli. Jeszcze nigdy Matka Ziemia nie wołała mnie tak słodko. Patrz do środka. Wejdź w dół. W tej jaskini staję się nią powoli. Dziś byłam nią już przez chwilę, ciemnością matką, wstrząsem wulkanu. Staję się. Nie pytaj. Patrz do środka. A ja wciąż w dół.

Pies

Wyszłam z domu rano i ugryzł mnie pies. Bolało. Mam ranę i opuchliznę, które szybko się goją. To był pies sąsiadów, który bardzo dużo szczeka i warczy, i rzuca się na smyczy, kiedy przechodzi obok. Bardzo zestresowany pies tak na oko. Miałam kiedyś takiego. Ci sąsiedzi mają też małe dziecko. Ja też miałam małe dziecko wtedy, kiedy miałam takiego psa. I wydają mi się oni, ci sąsiedzi, zestresowani tak jak ich pies, dokładnie tak jak ja kiedyś. Kombinuję że oni nie wiedzą, jak i ja nie wiedziałam, a co teraz już wiem, że ten pies to oni, i że nie ma co się tak zażynać, i że wszystko będzie dobrze, tylko muszą naprawdę zadbać o siebie… Tak mi się za każdym razem wydaje, kiedy ich widzę. No przecież muszą się czuć podobnie jak ja się czułam. No przecież oni to ja. I idę sobie rano, i spotykam sąsiada z psem, wiadomo jakim, i przystaję tuż przy nich, i mówię: „Dzień dobry, jaki ładny dzień, zdaje się że Zmora wyciszyła się ostatnio” (pies ma na imię Zmora, oczywiście). I co robi Zmora, która przed chwilą wąchała kwiatki? Rzuca się na mnie z rykiem i łapie mnie zębami za udo. Ha.
Czy przystanęłam zbyt blisko? Czy przystanęłam niepotrzebnie? Może pies wyczuł mój strach? Ale ja się przecież nie bałam. Nie miałam żadnych zamiarów poza gestem uprzejmości. Nie byłam wścibska. A więc to z psem jest coś nie tak. Pies powinien się leczyć. Sąsiedzi nie powinni go mieć. Sąsiedzi są głupi. Nie, no przecież nie są głupi. Potem sąsiad odciągnął psa, a jeszcze potem sąsiadka przyszła ze smacznym ciastem na przeprosiny, ale ja wciąż: „dlaczego” i „dlaczego”, i boli, i boli. Czuję się jak po wypadku. To było straszne. Co mi się tak naprawdę stało? Co się stało w moim życiu? W moim życiu…. Już kiedyś ugryzł mnie pies. Też wtedy podeszłam blisko. Może nie czytam sygnałów. Może jednak…. w moim życiu… Sąsiedzi to ja, Zmora to ja. Ja tamta, sprzed lat, spięta, zamknięta, niechciana. Boże, jaka byłam wtedy biedna. Wtedy. Ale teraz jest inaczej. Teraz uczę się rozluźniać i idzie mi naprawdę nieźle, otwieram się wciąż, mimo że wciąż się zamykam, chcę siebie. A pies jest zaopiekowany. Tylko czy wydałam przyjęcie na swoją cześć z racji tego, czego dokonałam i dokonuję każdego dnia? Czy świętuję swoją drogę? Nie, ale za to wciąż mam coś roboty we „wtedy”. Po jakiego grzyba wciąż tam coś załatwiam, poprawiam? Po co przystaję: „Dzień dobry, jaki ładny dzień, zdaje się że wszystkie zmory wyciszyły się ostatnio”? No to się wyciszyły, no to idź człowieku do przodu, no to spierdalaj stąd, odpierdol się od swojej biednej, spiętej przeszłości, a jak nie to cię zębami pogoni. A sąsiedzi to sąsiedzi, może mają podobnie jak ja kiedyś, a może nie, kto to wie?

Przyśnione

Była sobie wieś, w której ludzie żyli ani dobrze, ani źle. Zwyczajnie biegła tam droga, stały domy, kwitły kwiaty, rósł las. Aż pewnego dnia z drzew opadły liście, powiał zimny wiatr, nadciągnęły ciemne chmury, a ludzie poczuli niepokój. Szeptali, krakali, twarze chowali: „Coś, coś, co, co nadchodzi, to będzie”. Przemykali od domu do domu, zaczynali kopać: „Łapanka ziemianka, chmura wichura, zamiecie, zabierze, wywiezie, wiatr zerwie”. Aż przyszedł mężczyzna i zaczął naprawiać drzwi i okna. I przyszła kobieta i zapytała: „gdzie jest schowane to to to na czarną godzinę?”. A on: „Za wsią, za górą, za lasem, powiadali to pamiętam, ale nie wiem, nie rozumiem”. I ona poszła. Poszła za wieś, na pagórek, pod las, a tam stało wielkie drzewo, całe zielone. I stanęła przed nim i odetchnęła. A drzewo się otworzyło i wpuściło ją do środka. A tam cuda i dziwy: prawdziwa zwyczajność. Słońce prześwieca przez liście jak świece przy ołtarzu. Ptaki śpiewają święte pieśni. Półmrok, który jest miękki i głaszcze po twarzy, po szyi, po ramionach… Zatańczyła. A potem wyjrzała ze środka drzewa, spomiędzy kory i zobaczyła wieś szczęśliwą w słońcu i bawiące się dzieci. I wyszła na zewnątrz ogłosić dobrą nowinę.

Szkoła

Miękkość. Delikatność aż do dna, do zwariowania. Wejść w nią to rozkosz. Czuć ją i nie móc wejść – tortura. Czuję, czuję. Czasem wchodzę. Takie życie z uwolnionym czuciem. Boli. W ruchu boli. W zatrzymaniu zachwyca.
Skręt, skręt – jak wyżymany ręcznik. „Wybierz stronę, w którą chcesz się kręcić”. Wybrałam, dałam się skręcić. W lewo. Wyprana, wypłukana, wyżęta z tego, co zamykało mi usta, stoję i rozdziawiam się. Opada mi szczęka. Czy świat mnie taką przyjmie? Narazie chowam się po kątach. W cieniu, pod drzewami, gdzie mnie mniej widać, zdejmuję stanik. Czasami na słońcu. Po raz pierwszy w życiu mam trochę opalone piersi.
Chcę jeszcze raz się wyżąć. Boję się jeszcze raz się wyżąć. Trzeba być podatnym, poddanym, podchodzącym pod dłoń, która trzyma, podtrzymuje, przyciska, pieści. Pójdź. Puść. Po co? Do cholery, po co? Źle mi? Otóż źle. Źle, źle zawsze i wszędzie. Poddać się – cóż za pokusa. Cóż za trud! Podejść, pozostać, popatrzeć, powrócić. Popłynąć. Zaufać.
Stoję i rozdziawiam usta: więc na tym to polega. To taki jest świat. Już nie trzymam, nie trzymam zamkniętych ust. Niech się ulewa. Ile trzeba. Złota ulewa.

Rzeka lód

Nisko w dole płynie rzeka. Podziemna rzeka, podbrzuszna. Płynie i płynie. Jest gorąca. A w niej – bryłka lodu. Nigdy nie zagaśnie. Ostro po kamieniach. A rzeka dołem. Pod dnem. Podmywa kamienie, omija, głaszcze że sio. A lód nic. Stoi tam i stoi. Ból lód mógł że módl się. Chodźcie kurki do domu.
Mama. Moja mama. Stoi baba. Ukochana. Mój brzuch. Módl brzuch. Przyszedł duch.
I znikł. I fik, kostka lodu do szklanki.